Pierwszy miesiąc w USA...

​Ten widok ZAWSZE budzi we mnie podziw… świat jest niesamowity. Ponad miesiąc temu ruszyliśmy w chmury, lecąc spełniać marzenia… :) 


Zawsze marzyliśmy o podróżowaniu, o połączeniu podróży z pracą, o odkrywaniu nowych miejsc, poznawaniu ludzi, doświadczaniu tego wszystkiego. Mieszkaliśmy w Warszawie w sumie od… około 10 lat (troszkę upraszczam, ja trochę dłużej, Kamil trochę krócej… :) ale nigdy nie czuliśmy się tam jak w domu. Świat jest tak duży, różnorodny, fascynujący, że od zawsze marzyliśmy o tym, żeby go doświadczać. To marzenie stało się rzeczywistością po tych kilku latach pracy i życia w jednym miejscu. Samo się nie stało, oczywiście :) Można by powiedzieć, że to duża decyzja, ogromna zmiana w życiu… i chyba tak trochę jest, bo dociera ona do mnie dopiero teraz. Bardzo powoli. 

Przez wiele lat marzyłam o tak zwanym „gap year”, czyli roku przerwy od codzienności, w którym podróżuję. A potem pomyślałam… że przecież mam pracę, którą uwielbiam i nie chciałabym z niej rezygnować ani na chwilę.. przecież mogę połączyć pracę z podróżami! Nie chciałam robić przerwy od pracy. Ale chciałam żyć pełniej i bardziej. W życiu są różne etapy, momenty, potrzeby. Cieszę się, że pomimo wszystko postanowiliśmy realizować swoje marzenie. Taki teraz jest właśnie etap w naszym życiu, chcemy poznawać, odkrywać… i dzielić się tym wszystkim, czego doświadczamy. 

I właśnie teraz chcę podzielić się z Tobą ostatnim miesiącem w Stanach, w Nowym Jorku. A Nowy Jork to stan… nie tylko umysłu :) to stan w USA. Gdy wyjedziesz poza miasto, krajobraz betonowy szybko zmienia się w… las, góry i urokliwe, małe miasteczka, w których życie toczy się powoli, bez żadnego pośpiechu. Tylko dwie godziny jazdy samochodem od Nowego Jorku jest Rhinebeck, maleńkie miasteczko, w którym mieszka zaledwie 2500 ludzi, w którym spędziliśmy ostatni miesiąc. 
 


Las, jeden plac zabaw, kawiarnia i restauracje. Mnóstwo sklepików, z ręcznie robionymi przedmiotami, organicznym jedzeniem, organicznymi kosmetykami i zaczarowanymi przedmiotami. W herbaciarni możesz kupić karty tarota, a w sklepiku obok szklane kule, które chronią dom od złych duchów.  
 


 

 

To tutaj intensywnie pracowaliśmy nad nowym projektem językowym z Hymanem i Ewą, po czym jedliśmy wspólnie przepyszne lunche w lokalnej kawiarni serwującej między innymi obłędny (organiczny!) chlebek.
 


Pracowaliśmy w różnych miejscach i warunkach. Tu w Barnes&Noble :) 
 


To tutaj Kamil oddał swoje włosy w ręce Hymana, po czym musiał pozbyć się większości tego, co zostało… :) 
 


Będąc w okolicy zobaczyliśmy kilka hipisowskich miasteczek, w których Peace&Love to hasła przewodnie :) Byliśmy na festynie muzyki folkowej w samym środku lasu i poczuliśmy się tak jakbyśmy przenieśli się do innej epoki.
 








 

Odwiedziliśmy świątynię buddyjską pod Woodstock, a Kamil przybił piątkę z mnichem buddyjskim. 
 

 

 


Zawsze gdy poczuliśmy chęć zaczerpnięcia energii ze świata, pakowaliśmy się i jechaliśmy do Miasta :) tak tutaj mówi się na Nowy Jork… „The City” :) Nowy Jork, miasto, które ma TO COŚ, do czego chce się wracać, co się chce doświadczać :) Jedni uciekają z niego, a inni chcą choć na chwilę poczuć na własnej skórze… :)
 

​​


Zimny, wietrzny, deszczowy, taki, jakiego jeszcze nie poznaliśmy.
 


Ale wciąż nas przyciąga :)  okazało się, że wcale nie jest taki betonowy… są w nim parki, skwerki, place zabaw. Nie wszyscy gonią. Są ludzie, którzy swoją pracą dają uśmiech dzieciom. Ten pan pilnował, żeby każde dziecko, które przechodzi obok niego miało uśmiech na buzi :)​
 


Energia, jaka bije od tego miejsca jest nie do opisania słowami i nie do pokazania obrazami… :)
 

 

Odwiedziliśmy miejsca znane nam dotychczas z telewizji.. Jeśli jesteś wielbicielem seriali, tak bardzo znanych jak Przyjaciele, na pewno wiesz, że właśnie tutaj mieszkali :)

 


A w tym miejscu mieszkała Carrie Bradshaw z serialu Sex and the city. 
 


Będąc w tych miejscach masz wrażenie, że oni istnieli naprawdę.. ;) Chcieliśmy zobaczyć też wieżowiec słynnej law firm „Pearson Specter Litt” z serialu „Suits”, ale okazało się, że on znajduje się w… Kanadzie. Takie małe oszukaństwo… :) 

Podziwialiśmy widok na Manhattan z uroczego Hoboken w New Jersey.



 

Staliśmy w gigantycznych korkach i kolejkach. Ale widoki i wszechobecna energia wynagradzały wszystko! Spontanicznie postanowiliśmy wjechać na najwyższy budynek w USA i na całej zachodniej półkuli…. ale o tym będzie oddzielny wpis, bo te emocje i wrażenia tego wymagają :) 

O Nowym Jorku jeszcze napiszę, bo z nim nie rozstajemy się :) każda nasza wizyta „w mieście” powoduje, że chcemy tam znów wrócić, zostać jeszcze dłużej… :) Przez ten miesiąc odkryliśmy kawałek innej Ameryki niż tej, którą poznaliśmy wcześniej. Jadąc autostradami na północ od Nowego Jorku, szybko wjeżdżasz w drogę otoczoną lasem i górami. Jadąc na południe, wjeżdżając do New Jersey widzisz jak niesamowicie rozbudowane są miasta położone obok Nowego Jorku. Pięć, a czasem i chyba dziesięć pasów w jedną stronę, szalony ruch i korki.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że będąc w Stanach można doświadczyć wszystkiego. Wystarczy wpaść do Las Vegas, żeby w ciągu godziny znaleźć się w Paryżu, Nowym Jorku, Egipcie, we Włoszech… ;) Tym razem do Vegas nie lecieliśmy, ale w New Jersey wróciły nasze wspomnienia z Rosji! Bawiliśmy się do rana w rosyjskiej knajpie z rosyjską muzyką, w której oglądaliśmy występ tancerki orientalnego tańca brzucha ;) Próbowaliśmy też rosyjskie jedzenie, które było o niebo smaczniejsze niż w samej Rosji :) 

To był świetny czas! Zostajemy w Stanach jeszcze przez chwilę… ale jedziemy dalej :) już za kilka dni… 

logo Script logo