Native speaker - dlaczego warto kwestionować status quo?

Dlaczego piszę te artykuły? Chcę zmienić rynek językowy. Chcę, aby na scenie pozostali ludzie, którym naprawdę zależy na fantastycznych usługach, a nie sprzedaży byle czego w byle ilości. Od 2010 roku zajmuję się rekrutacją lektorów, również rodowitych mówców. Jestem tutaj po to, aby rozświetlić Ci drogę, chcę abyś ujrzał więcej, zbuntował się na kiepską jakość, umiał dokonać dobrych wyborów i nie bał się szukać usług, o jakich marzysz. 
 

Poprzedni wpis z tej serii:
Co kładzie cień na zajęcia indywidualne z dojazdem?


Będę używał zwrotu native speaker. Nie używałbym tego określenia wcale i pisał “rodowity mówca”, ale słowo native speaker jest tak często używane w branży językowej i wśród Klientów, że dla mnie brzmi jak słowo zapożyczone wieki temu. “Mówca” zaś jest słowem, które kojarzy mi się ze znakomitą umiejętnością wypowiadania się i nie jest tutaj wystarczająco zasadne. Dlaczego? Za chwilę poznasz odpowiedź.

 

Podzielę się wiedzą, której jeszcze nikt w tak otwarty sposób sposób nie publikował. 

Czego  dowiesz  się z artykułu?

- czy warto uczyć się z native speakerem

- po czym poznać dobrego native speakera

- kiedy upierać się na naukę z native speakerem a kiedy odpuścić

- czy nauka z native speakerem jest dla Ciebie

Co demaskuje artykuł:

- sposób pozyskiwania native speakerów przez szkoły językowe

- motywy jakimi kierują się native speakerzy zaczynając pracę jako lektor

- transparentnie i subiektywnie zdradzam kulisy rekrutacji, którą prowadzę

- dobre i złe strony nauki z native speakerami

- pochodzenie native speakerów i skutki jakie się z tym wiążą

- istnienie fałszywych native speakerów

- prawdziwe przyczyny dużego popytu na naukę z native speakerem

 

 

Native speakerzy są jacy są. Nie są nadludźmi. Są ludźmi.

Niewielu z native speakerów tak naprawdę jest zainteresowanych rozwojem swojej kariery w nauczaniu. Wielu z nich to osoby, które jeszcze nie określiły, co chcą w życiu robić. Nauczanie dla zdecydowanej większości native speakerów jest przystankiem w życiu. Przystankiem na tydzień, miesiąc, rok, 5 lat lub całe życie. Najczęstszym powodem pozostania w Polsce i chęci doskonalenia swojego lektorskiego warsztatu spowodowana jest… kwestiami osobistymi :) Taki native speaker (sorry, większość to faceci - też to zauważyliście?) poznaje fajną dziewczynę i zostaje w naszym pięknym kraju na dłużej.

Dlaczego warto kwestionować status quo native speakera?

Co sprowadza potencjalnych Native Speakerów do Polski

- studia (wiele młodych osób, których rodzice wyemigrowali posiadają podwójne obywatelstwo, dzięki czemu na polskim paszporcie korzystają z darmowej opcji studiowania. Nawet jeśli są to studia płatne to i tak są całościowo wychodzi to znacznie taniej niż studia np. w USA)

- przygoda i styl życia (dla wielu jest to po prostu sposób na życie, co jakiś czas przemieszczają się do innego państwa, taka praca jest dorywcza, pożądana, elastyczna i nie trzeba zakładać fartucha)

- piękne kobiety (to moje zdanie)

Jeśli myślisz, że native speakerzy przyjeżdżają do Polski, bo są zapalonymi nauczycielami, pasjonatami nauczania języka angielskiego to MYLISZ SIĘ. Ci ostatni występują w ilościach śladowych.

 

Najstarszy zawód świata

Niesamowite, ale tego nie da się nauczyć. Nie mogę dzisiaj postanowić, że zostanę native speakerem. Albo jesteś native speakerem albo nie. Ty i ja umiemy mówić i czasem nawet pisać po polsku. Wyobraź sobie, że na całym świecie miliardy ludzi chcą nauczyć się polskiego, a my go mamy w garści i możemy jechać, gdzie chcemy, bo zawsze będziemy mogli uczyć polskiego, nawet jak nic innego nie wypali, nawet jeśli na niczym nie będziemy się znać. Jak podoba Ci się ta wizja? Banalna, leniwa, inspirująca? Sugeruje pójście na łatwiznę, chęć ucieczki? Jest to wizja zmieniania świata powstała z pasji przekazywania wiedzy? Wszystkie odpowiedzi są poprawne, bo stwierdzenie “on jest native speakerem” mówi o człowieku tyle samo, co stwierdzenie “on jest Polakiem”. 

Jacy więc są native speakerzy? Czy jest jakaś tendencja, czy ktoś zna ich więcej? Tak. Ja poznałem całkiem sporo i mam swoje przemyślenia. Na myśl, że mam się spotkać za chwilę z native speakerem z początku wzdryga mnie, ale idę i, jak zawsze, z uporem maniaka mówię sobie “tym razem to będzie strzał”. Z bólem serca pomijam pytanie “Co wie Pan o naszej firmie” bo nie chcę się demotywować od początku. Naprawdę potrzebuję native speakerów dla moich Klientów, więc powtarzam sobie w głowie “Kamil, daj się czymś przekonać, przecież nie każdy ma fioła na punkcie filozofii Twojej marki”, uśmiecham się, patrzę głęboko w oczy i wypalam z pytaniem:

 

Dlaczego chce Pan uczyć?

Nagle dzieje się coś dziwnego. Te kilka sekund zamienia się w na moment w wieczność. Patrzę w jego oczy i szukam cienia błysku. Niestety w 9 na 10 przypadków, osobnik robi minę jak Bill Gates kiedy zobaczył iPoda, jakby za oknem mojego biura na Świątyni Opatrzności ręka boska wyciskała sobie cytrynę. Jego neurony zaczynają orientować się, że coś idzie nie tak, jednocześnie zdają sobie sprawę, że przecież mógł się spodziewać takiego pytania. To pytanie jest czasami na tyle niszczące, że żadne próby nie są w stanie już wyprostować sytuacji. Takie pytanie jednak pozwala wielu osobom na odnalezienie swojej własnej ścieżki. Czasami widzę ulgę po osobach, które wychodzą po spotkaniu z sali konferencyjnej. Widzę, że im pomogłem. Pomogłem im dowiedzieć się, że uczenie nie jest tym czego pragną. Nie zastanowili się wcześniej czy chcą. Przyjechali, kumple powiedzieli im co robią, zanalizowali, że na szybko nic innego nie ogarną więc skusili się i szukają pracy jako native speaker. Jednak nie wiedzą jeszcze, że w głębi nie chcą tego robić. Zdarzają się również piękne improwizacje, czasami mam wrażenie, że oni nie przekonują mnie, że chcą uczyć, czasami oni mówią tak, jakby przekonywali samych siebie. 

widok z mojego biura

Nie mam nic przeciwko szukaniu w życiu nowych doświadczeń, poszukiwaniu tego, co chce się robić. Sam to robię. Sam mam też chwile, w których zastanawiam się czy to co robię ma sens. Ale kiedy szedłbym na rozmowę, przynajmniej nauczyłbym się udawać, że to jest to, co chcę robić w życiu.


Jeśli miałbym wymienić na podstawie moich spotkań z potencjalnymi native speakerami najgorsze, powtarzające się cechy byłyby nimi:

- nieprzyjemny zapach (zawsze zostawiam kandydata w sali konferencyjnej na kilka minut zanim wejdę. Kiedy wchodzę czasami nie muszę rozmawiać, aby wszystko wiedzieć. Native speaker pracuje z moim Klientem osobiście)

- całkowite olanie, np. siedzi delikwent i na pytanie odpowiada jednym słowem, albo lakonicznym zdaniem, tak jakby w ogóle był zdziwiony, że ja od niego czegokolwiek chcę. Po części wiem czym jest to spowodowane, przyzwyczajeniem native speakerów do rozmów kwalifikacyjnych, na których dostają ofertę na dzień dobry (pisałem o tym w poprzednim artykule)

- brak dyplomacji: “Teraz pracuję w szkole X i bardzo dobrze mi się pracuje, ale jeśli oczywiście będziecie w stanie zapłacić mi więcej, to mogę zrezygnować i zacząć u Was” - oczywiście rozumiem, że przyczyna zmiany pracy jest często uzależniona od wyższego wynagrodzenia, ale można przedstawić to mądrzejszym sformułowaniem, które nie mówi, że pracuję jedynie dla kasy i od Was też odejdę jak ktoś da mi więcej. Jak można wysłać kogoś takiego do poważnych, inteligentnych Klientów? 

- brak deklarowanych umiejętności - jeśli gość pisze w CV, że uczy Business English, a na rozmowę kwalifikacyjną przychodzi nieprzygotowany i popełnia tragiczne błędy w autoprezentacji, to w jaki sposób może pracować z Klientem biznesowym dając ciała w podstawowej rozmowie biznesowej jaką jest rozmowa kwalifikacyjna

- brak kreatywności: tak, jak pisałem wcześniej, niektórzy nie wysilają się nawet, żeby wymyślić dlaczego lubią uczyć, przecież cokolwiek mogą powiedzieć, ale to zbyt duży wysiłek

- deklarowanie, że jest native speakerem, podczas gdy tak nie jest. Mieszkańcy państw Ameryki Południowej, Afryki czy Azji gdzie angielski jest drugim językiem również dumnie nazywają siebie Native Speakerami. Ich język posiada jednak silne naleciałości i często jest przepełniony błędami.

- problem z… wyrażaniem myśli. Nie oczekuję salwy wyszukanych zwrotów i epickich porównań, ale jeśli w każdym zdaniu powtarza się tę samą konstrukcję, zacina się, nie ma tzw. “flow” czyli nie ma najważniejszej rzeczy, za którą cenimy native speakera, to o czym możemy rozmawiać…

Pamiętajcie, oni w większości są na ogłoszeniach korepetycji. Oni naprawdę tam są. Trust me.

 

Co najlepszego daje nam nauka z native speakerem?

Jeśli nasz native speaker choć trochę wkręca się w nauczanie, lubi szukać materiałów i przygotowywać ciekawe, kreatywne zajęcia, zależy mu na naszych postępach, wtedy naprawdę możemy skorzystać z zajęć. Dzięki spontaniczności i naturalności rozmowy możemy rozwinąć się w mówieniu. Samo to, że konwersujemy z native speakerem może również dodać nam pewności siebie. Nie damy rady również zapytać o cokolwiek w języku polskim więc przyzwyczaimy się do tłumaczenia wszystkiego po angielsku. Na niższym poziomie może być to zabawne, gdyż czasami prostą rzecz ciężko jest wytłumaczyć, albo skorygować błąd. Ostatecznie jednak może wyjść to wszystko na plus. Native speaker może również opowiedzieć ze swojej perspektywy w jaki sposób wygląda miejsce, z którego pochodzi, odnieść je do realiów w Polsce, co może rodzić ciekawe dyskusje. Chociaż równie ciekawe dyskusje można toczyć z ludźmi, którzy nie są native speakerami, a “jedynie” znają perfekcyjnie język. Dla mnie w tym miejscu kończy się lista zalet zajęć z native speakerem.

 

Skąd powinien pochodzić native speaker?

Argument w postaci “nauczę się poprawnie mówić tylko z nativem” jest nielogiczny. Aby Ci to uzmysłowić postawię obok siebie czworo rodowitych mówców. Wszyscy są już wybrani i wiemy, że mają klasę. Jeden z nich jest Amerykaninem z Utah, drugi Brytyjczykiem z Walii, trzeci Australijczykiem z Sydney, a ostatni Irlandczykiem spod Dublina. Każdy mówi w inny sposób. A Ty? Jak Ty będziesz mówić? Myślisz, że kiedy będziesz naśladować i powtarzać po Walijczyku, to kiedy pojedziesz do Londynu wszyscy będą zachwycać się Twoją wymową królowej?  
 

Skąd więc ma być dobry native speaker?

Z kosmosu.

Zastanów się teraz do czego potrzebny jest Ci język angielski. Z kim będziesz się komunikować. Z Anglikami czy z całym światem? A kim jest Anglik? Czy w kosmopolitycznym świecie istnieje jeszcze coś takiego? A już prawdziwego klina wbije pytanie “kim jest Amerykanin”. Dalej myślisz, że dasz radę wyrobić w sobie akcent królowej? Tak, pod warunkiem, że stanie się to Twoją życiową obsesją, której całkowicie się poświęcisz.

 

Dlaczego wszyscy chcą się uczyć się z native speakerem?

Rozgryzłem tę zagadkę i mam odpowiedź. Jest prosta. Cenimy bardziej native speakera dlatego, że jest native speakerem. To status quo, którego nie kwestionujemy.

Ponadto posiadamy złe doświadczenia z lektorami Polakami. Dlaczego mamy z nimi złe doświadczenia i gdzie są przyczyny? Jeśli czytałeś mój poprzedni wpis to już wiesz. Jeśli nie czytałeś - przeczytaj, da Ci to do myślenia. Po prostu wydaje się często, że z lektorem Polakiem będzie tak, że otworzy podręcznik, będzie po polsku tłukł nam gramatykę, a po angielsku na pewno nie zna tak wyszukanych i świetnych zwrotów jak native speaker. A ja gwarantuję Ci, że znam takich polskich lektorów, których język angielski brzmi doskonale, potrafią prowadzić fantastyczne, inteligentne, błyskotliwe i napełnione dobrym językiem konwersacje i zajęcia najwyższej klasy. Większość z nich prowadzi zajęcia w całości w języku angielskim i co najważniejsze nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach po kilku tygodniach. 

Lektora Polaka możemy do woli maltretować pytaniami o każdą drobnostkę i prosić o tłumaczenie z polskiego na angielski serii słówek lub zwrotów, oczekując natychmiastowej riposty. Lektor native speaker, który polskiego nie zna, nie da się tak tresować, bo większości pytań nie będziesz mógł mu zadać, więc zawsze lektor polski będzie wiedział mniej niż native speaker, bo prawdopodobnie będzie miał 100 razy więcej sytuacji, aby się wykazać.

Wielu uczących się myśli, że zajęcia z native speakerem wywołają u nich nagłe, spektakularne efekty, zbliżone do przebywania za granicą. Efekty będą zbliżone do takiej sytuacji, tylko wtedy jeśli otoczymy się językiem, tak jakbyśmy byli za granicą i na każdym kroku używali języka obcego. Nie licz na to, że godzina z native speakerem zastąpi Ci własną, codzienną pracę. Pomyślisz, że to najlepsza metoda, bo dzieci się uczą bardzo szybko właśnie w naturalnej sytuacji językowej. To prawda, dzieci chłoną język dlatego, że przez 100% swojego czasu z nim obcują. Jeśli dziecko wsadzisz na godzinę w tygodniu do środowiska anglojęzycznego nie licz na to, że stanie się bilingwalnym geniuszem językowym. Jeśli wsadzisz siebie na godzinę w tygodniu do środowiska anglojęzycznego również nie masz co liczyć na fajerwerki. Być może ta godzina w tygodniu podniesie Twoje morale, ale nie zanurzysz się przez to w języku. Nie wejdzie on Ci do głowy automatycznie. Pomyśl jak wyglądałyby Twoje sukcesy jeśli poświęciłbyś w tygodniu tylko godzinę na Twój trening, rozwój firmy, rozwój projektu nad którym pracujesz, na pracę, na kontakt z dzieckiem itd. Czy przeniesiesz góry przez godzinę w tygodniu? 

Mam nadzieję, że zaczynasz dostrzegać, o co w tym wszystkim chodzi. 

Szykuję już kolejny artykuł, który pomoże Ci na własną rękę ocenić lektora i szkołę językową. Musiałem jednak napisać to, co napisałem, abyś miał pewną bazę i ogląd na sytuację. Cieszę się, że mogłem wreszcie to z siebie wyrzucić i dziękuję jeśli dotarłeś do tego momentu.

Kompedium wiedzy na temat nauki, motywacji, narzędzi i zajęć właśnie powstaje w postaci nowej książki. Jeśli chesz dowiedzieć się o jej premierze zapisz się na newsletter.

Pozdrawiam :)))
Kamil

logo Script logo