Co było najpierw? Języki, podróże czy fajne życie?

Coraz więcej osób pyta nas o to, skąd pomysł na to, co robimy. Skąd pomysł na Vagaru? Kim w ogóle jesteśmy i skąd się to wszystko wzięło? :) 
 


Długo myślałam od czego zacząć ten artykuł. To, gdzie dzisiaj jesteśmy i co robimy zostało ukształtowane przez lata doświadczeń, lekcji i marzeń… 

Gdy ktoś mnie pyta o to, czym się zajmuję, z prawdziwą radością odpowiadam, że „pomagam innym ludziom w nauce angielskiego”. Ta radość ma swoje źródła już w zasadzie we wczesnych latach szkolnych, kiedy pomoc innym w angielskim (albo czymś innym, co było dla mnie jasne i łatwe, ale w angielskim w szczególności) sprawiała mi prawdziwą przyjemność. Kwestię mojego angielskiego poruszę w oddzielnym artykule :)

Mało tego :) zawsze podobało mi się uczenie innych… tak, dawno temu chciałam zostać nauczycielką :) Jednak wraz z upływem szkolnych lat wiedziałam, że szkoła nie jest miejscem dla mnie. Nie lubiłam nigdy robić rzeczy, które mi narzucano, miałam z tym autentyczną trudność. Czułam wręcz bunt i irytację. Nie podobało mi się to. Moja produktywność spadała praktycznie do zera w środowiskach, w których ktoś narzucał mi konkretne zadania, które nie odpowiadały mi, a które uważałam za niepotrzebne i nieciekawe. Wiedziałam gdzieś w środku, że nie pójdę do zwykłej pracy, tylko będę pracować na swoich warunkach, tak jak ja chcę i czuję. Miałam silną chęć i w zasadzie potrzebę kształtowania swojego życia po swojemu i pójścia swoją drogą.

Moje marzenia zawsze były większe niż rzeczywistość. Może to te marzenia były niewidzialną energią, dzięki której poznałam Kamila, który myślał podobnie?

Mieliśmy wtedy 20 lat. „Marzy mi się podróż po Europie… autostopem”. Super przygoda, nutka adrenaliny i… Europa po razy pierwszy w życiu! :) Kamil się nie zastanawiał ani sekundy. Bo jemu też się marzyła. To była nasza pierwsza wspólna podróż, dokładnie 10 lat temu, z kilkaset euro w kieszeni, z 1-osobowym namiotem i śpiworami za 10zł z marketu (to były te takie najcieńsze… ;).  Dojechaliśmy stopem do Paryża, z przygodami, w deszczu i przeszywającym zimnie, śpiąc na stacjach benzynowych albo mokrych od deszczu polach namiotowych. Ale było warto! Bo dojechaliśmy, zrealizowaliśmy swoje marzenie!

Oczywiście nie było sielankowo, bo podróż miała mieć miejsce latem, a nie w wyjątkowo zimnym wrześniu tamtego roku. Co się stało, dlaczego nie wyruszyliśmy od razu? Hm… dostaliśmy prosto z buta w twarz za nic. Taka lekcja od życia, że ooo nieee… nie tak łatwo te marzenia się spełnia. Jeśli jesteś ciekaw tej historii, Kamil opisał ją szczegółowo tutaj.

Mimo, że jesteśmy totalnie różnymi charakterami, łączą nas takie same cele, wizje i marzenia. 

Języki przewijały się w naszym życiu również, i to właściwie pierwszoplanowo, bo obydwoje studiowaliśmy na kierunkach językowych. Różne mieliśmy zajęcia w tamtym czasie, ale najwięcej uwagi poświęciliśmy na… nauczanie innych. Poznaliśmy dzięki temu mnóstwo ludzi, a z częścią z nich do dzisiaj (!) utrzymujemy kontakt :)

Kamil zajmował się rosyjskim, a ja angielskim.

Poznając ich bliżej, obserwowaliśmy jak uczą się języka. Jaki mają cel i jakie problemy stojące na drodze uniemożliwiające lub utrudniające jego realizację… Każda z tych osób była oczywiście inna, czasami celem było zdanie egzaminu czy też opanowanie konkretnego zagadnienia gramatycznego. Zdecydowaną większość stanowiły jednak osoby, które chciały się komunikować. 

Nasza praca to był czas nauki również własnej. Uczyliśmy się jak dostosować się do każdej osoby, jak się nią zaopiekować, żeby osiągnęła swój cel. Wykształtowaliśmy swoje rozwiązania, a za nimi poszła potrzeba pójścia dalej. Potrzeba pomocy większej ilości osób. Uważaliśmy wtedy, tak jak uważamy dzisiaj, że nauka w grupach, w szkole z ławką i wykonywanie ćwiczeń według odgórnie ustalonego programu mija się z celem. 

Postanowiliśmy stworzyć wyjątkową szkołę językową, o której wyjątkowości stanowić będzie jakość zajęć i naprawdę indywidualne dopasowanie się do każdej uczącej się osoby. I tak powstało Eltee, szkoła zajęć indywidualnych, w której lekcje odbywają się w miejscu dogodnym dla klienta. Nazwa szkoły to nic innego jak połączenie „l” (languages - języki) oraz „t” (travel - podróże) :) stąd LT, czytanie brzmi jak „eltee” :) 

Pasja i marzenia jak zwykle szybko zderzyły się z rzeczywistością ;) nie wszystko mogliśmy robić sami. Szukając ludzi do współpracy poznaliśmy osobiście to, o czym wielu naszych „uczniów” nam opowiadało. Można powiedzieć, że wymagania mieliśmy duże albo nasza misja była silna, albo może ktoś inny by powiedział, że to co sobie wymyśliśmy było mało realne.

Poznaliśmy smak rozczarowań, nauczyliśmy się co to jest roszczeniowość i brak szacunku do pracy i do ludzi, i jak sobie z tym radzić.

A przecież mogło być łatwo. Mogliśmy zostać pośrednikiem i tylko łączyć klientów z lektorami. A my wymyśliliśmy, że z każdym klientem spotkamy się osobiście zanim zacznie lekcje. Bez grymaszenia, że daleko, że klient jeszcze niezdecydowany, ale chce się spotkać. Spotykałam się z każdym osobiście, mówiłam nie tylko o tym, na czym polegają zajęcia w naszej szkole, ale przede wszystkim rozmawiałam o angielskim. O tym jak się uczyć, żeby nauka przynosiła efekty. Starałam się poznać tę osobę, już na miejscu zaproponować rozwiązania, które może wprowadzić. Tłumaczyłam, że same lekcje to za mało, że nauka musi odbywać się cały czas, przede wszystkim wtedy kiedy lekcje się kończą… Spotykałam się z nieśmiałością i wypiekami na twarzy jako reakcję na moje zaproszenie do krótkiej rozmowy po angielsku. Opowiadałam jakie są fajne sposoby na przełamanie tej nieśmiałości. Jeśli czegoś nie wiedziałam, szukałam, czytałam.

Szkoła funkcjonuje do dzisiaj. Dzięki niemal katorżniczej pracy, często przez kilkanaście godzin dziennie rozwinęliśmy ją. Nawiązaliśmy współpracę z fantastycznymi lektorami, z którymi współpracujemy do dzisiaj. ​Ale były i są momenty trudne. Bo znalezienie osób chcących uczyć się z nami i dopasowanie się do ich potrzeb to jedna sprawa. Ale znalezienie lektorów, którzy nasze wizje podzielają, mają energię i zapał, potrafią słuchać to BARDZO trudne zadanie.

Mam taką naturę, że nie chcę pamiętać o tym, co złe. I nie pamiętam. Ale dzięki wszystkim kryzysowym momentom (a było ich wiele! Oj wiele… wiele razy miałam nieodpartą chęć zostawienia wszystkiego w pierony, spakowania się i wyjechania gdzieś… z biletem w jedną stronę) jestem dzisiaj mocniejsza. Dzięki pracy w rozwijaniu własnej szkoły nauczyłam się czym jest konsekwencja, determinacja, co to są przeszkody niemożliwe do pokonania i … jak je pokonywać. 

Wiem, czym jest uczucie bezsilności. Ale dzięki temu tylko sprawdziłam w praktyce to, w co zawsze wierzyłam… że nie istnieje coś takiego jak „nie da się”. Niemożliwe nie istnieje. Wiem, że zawsze się da, zawsze jest wyjście :) 

Wracając do opowieści…  czułam, że to nie jest jeszcze TO. Ta pomoc nie odbywała się tak, jakbym chciała, bo same lekcje to za mało. Czułam potrzebę podzielenia się skutecznymi sposobami na naukę z każdym, kto chce uczyć się angielskiego. 

I tak powstał ten blog. To była (i jest!) forma wyrażenia wszystkich myśli i pomysłów na to, jak uczyć się angielskiego. Nauka języka zawsze wiąże się z podróżami, a podróże ze znajomością języka. To też nasze dwie pasje. Towarzyszyła jej zawsze trzecia, czyli fajne życie.. wolność (którą rozumiemy jako możliwość decydowania o swoim życiu samodzielnie), realizowanie pasji i takie życie, którego ani na chwilę nie żałujesz…

Ale blog i artykuły to wciąż za mało! Przeczytasz artykuł, będziesz wiedzieć JAK… ale przecież trzeba działać, żeby były efekty.

W lutym 2015 roku wymyśliliśmy Wyzwanie Językowe. To było pierwsze duże wezwanie do działania. Nie tylko czytaj, ale ucz się. Uważam, że lepiej się uczyć się po trochę, chociaż przez 10 minut dziennie niż w weekendowych szaleńczych zrywach. Lepiej opanować JEDNO słówko dziennie, lepiej nauczyć się umieć je wyjaśniać po angielsku i kontekst w jakim występuje niż wkuwać 10 słówek, a potem nie umieć ich użyć w życiu. I na tym to pierwsze wyzwanie polegało, a później wszystkie kolejne. Codziennie poznajesz jedno słowo/zwrot/idiom. 

I powiem Ci tak szczerze… przecieraliśmy oczy ze zdumienia kiedy liczba osób chętnych do wzięcia udziału w tym Wyzwaniu rosła jak szalona… w efekcie zapisało się na facebooku do wydarzenia… 230 tysięcy osób. 

Czułam niesamowitą energię płynącą od wszystkich, którzy brali aktywny udział w tamtym wyzwaniu i wszystkich kolejnych. Stawałam na rzęsach, żeby zachęcić każdego do aktywnego udziału. 

To była i jest moja osobista misja, żeby wyciągnąć każdego, kto chce się uczyć do aktywnej nauki. Do odejścia od książek i do rozmowy. Do uczenia się w inny sposób.

Pomysł na Vagaru przyszedł do nas pewnego dnia. Dzisiaj nie pamiętamy do kogo, do mnie, czy do Kamila… często rozmawiamy o różnych pomysłach, przemyśleniach… i Vagaru po prostu przyszło do nas podczas którejś z rozmów. 

Zaczęliśmy pisać, rysować na kartkach… co tam będzie… czego byśmy chcieli od idealnego miejsca do nauki języków. Chcieliśmy, żeby tam było wszystko. I rozmowy z żywym człowiekiem, i codzienna nauka, ale przede wszystkim skupiająca się na aktywizowaniu poznawanych zwrotów, słów, na mówieniu, słuchaniu, na powtarzaniu. Żeby ktoś czuwał nad poprawnością wypowiedzi pisemnych. Żeby każdy mógł mieć jeszcze więcej, żeby mógł przejść swoją przemianę językową… żeby każdy, kto chce nauczyć się angielskiego wiedział jak to zrobić i żeby to robił. I chcieliśmy żeby to wszystko było w bardzo przystępnej cenie dla każdego.

Nazwa Vagaru nie była przypadkowa. Szukaliśmy jej. Wiedzieliśmy, że bez tej nazwy nie ruszymy. Nazwa idealna. Bo Vagaru to jedna z wysp na Malediwach (a więc kojarzy się z przyjemnością.. rajem... językowym :) i… przywołuje na myśl, i to bardzo słusznie, wagary. Bo nasze Vagaru nie ma nic wspólnego ze szkolnymi metodami, ma na celu przyswajanie języka w sposób naturalny. 
 

Czy to już wszystko? Koniec opowieści? :) 

Nie!!!!!!!!!!

Pomysłów mamy milion, widzimy bardzo wyraźnie ile jeszcze chcemy zrobić w Vagaru, ile nowych rzeczy wprowadzić. 

Nie zamierzam przestawać robić Wyzwań Językowych na blogu :) 

Rok temu zaczęłam nagrywać filmiki, które są jeszcze mocniejszą formą przekazu niż sam blog. Ale praca z Vagaru pochłonęła 100% mojego czasu i musiałam odłożyć ten temat na później. Na teraz :) 

Realizujemy aktualnie również jedno z naszych marzeń w kontekście językowym, a mianowicie kurs wymowy - Angielska Wymowa Raz Na Zawsze (https://angielskawymowaraznazawsze.pl), coś co powinien poznać każdy, kto uczy się angielskiego. Bo język to dźwięki i od tego najpierw powinniśmy się uczyć. A nie od liter i czytanek.

Mamy kolejne kursy rozpisane na kolejne lata. I kolejne projekty. Pomysłów więcej niż mocy przerobowych, ale wielka radość i frajda, bo osiągamy swój cel: ludzie, którzy uczą się z nami naprawdę osiągają swoje cele językowe, ale PRZEDE WSZYSTKIM nabywają świadomość tego jak się uczyć, tego, że nic samo się nie robi, że sami muszą dać z siebie 100%, żeby te 100% osiągnąć. I co najfajniejsze, naprawdę robią to z przyjemnością! A mając tę świadomość do celu już jest... z górki :) 

A poza tym? Poza tym realizujemy jedno z naszych największych marzeń i od początku roku podróżujemy z naszą córką. Pierwsze trzy miesiące roku spędziliśmy w USA.  Aktualnie jesteśmy w pięknym Trójmieście w Polsce i kroimy plany na kolejne miesiące… 

Dziękujemy Ci, że tu jesteś i czytasz. Dzięki Tobie i dla Ciebie my tu jesteśmy i to wszystko robimy. Dziękujemy za wszystkie maile i wiadomości na facebooku. Dzięki Tobie stajemy się lepsi każdego dnia. Dziękujemy za wszystkie słowa krytyki. Słuchamy każdego i zmieniamy się, żeby było fajniej i lepiej. Dziękujemy za wszystkie zakupy, jakie robicie na Vagaru i w naszym e-bookowym sklepie. Wierzymy, że to nie są pieniądze wydane, a zainwestowane. 

Bez Ciebie nie byłoby tu nas.
 

 

 

 

logo Script logo