Jak zostałem gwiazdą w USA?

Jak na Stany marzec był wyjątkowo chłodny i deszczowy. Zmierzaliśmy już na południe w poszukiwaniu nowych doświadczeń i ciepła. Do przejechania na dół pozostało jeszcze kilka miast, do zaliczenia kilka noclegów i dwa tysiące mil. Wypożyczonym Hyundaiem przejechaliśmy z Nowego Jorku do Waszyngtonu. Nazajutrz miało nas czekać szybkie spełnienie marzeń i dalsza podróż.  Nowy Jork i New Jersey to cholernie drogie stany, stąd wynajem Hyundaia. Jednak już w Waszyngtonie podatki są inne i co najważniejsze na wyszukiwarce znalazł się obiekt marzeń i westchnień z roku 2015 - Ford Mustang Convertible. Convertible to po polsku nic innego jak kabriolet. Kiedy to po raz pierwszy eksplorowaliśmy USA w 2015 napatrzyłem się już wystarczająco na uśmiechnięte twarze za kierownicą flagowego dla USA Muscle Cara. Teraz czas na mnie.

Po szybkim poranku mieliśmy wykonać równie szybką akcję. Zwrócić Hyundaia, wziąć Mustanga, otworzyć dach (a tego dnia było wyjątkowo ciepło), zobaczyć najważniejsze punkty Waszyngtonu i jechać dalej kolejne 120 mil. Nie było tak kolorowo. Wypożyczalnia nie ogarnęła naszej rezerwacji, a my byliśmy zwodzeni przez cały dzień, że samochód lada moment się pojawi. 

Po całym dniu zwiedzania i kręcenia się bez celu w oczekiwaniu tuż przed zamknięciem wypożyczalni okazało się, że auto zostało podstawione i jest gotowe do odebrania. Gdy zaparkowałem Hyundaia na parkingu przed wypożyczalnią już zauważyłem kątem oka upragnioną sylwetkę. Wprawdzie nie była to wersja Convertible, ale co to za różnica. Było już ciemno, padał deszcz, a ja nie mogłem oderwać oczu od czarnego lakieru, któremu mrok i deszcz jedynie dodawał czaru - to auto naprawdę się wyróżnia. Pytanie czy to ten nasz? Czy naprawdę dadzą mi 300 koni mechanicznych z tylnym napędem? Wydało mi się to wszystko dziwnie nieprawdopodobne, bo cały dzień wszystkie rozmowy z wypożyczalnią brzmiały enigmatycznie i nieobiecująco. Nawet już pogodziłem się z myślą, że odjedziemy Hyundaiem. Zresztą wszystko jedno, jedźmy już czymkolwiek, byle już jechać. Aga już stała przy ladzie w recepcji wypożyczalni, dogoniłem ją tłumacząc, że coś musiałem przepakować, a tak naprawdę stałem i gapiłem się na Mustanga, wierząc, że zaraz do niego wsiądę.
 

Parę podpisów i do dzieła. Okazuje się, że to ten! Adrenalina i banan nie schodzi mi z ust. Przerzucenie walizek, fotelika i Kalinki. Wszystko łatwo i lekko - wersja z twardym dachem ma bagażnik niemalże rodzinny, taki sam jak w familijnym Hyundaiu. Odpalam - cholera jak to wszystko poustawiać, gdzie są światła. Ciemno tu jak w… nie słyszę nawet co mówi Aga, tylko przez pół godziny bawię się w ciemno ustawieniami. W końcu obczajam, że ekran jest dotykowy - no tak, teraz wszystko jasne. Jedziemy.

Zakochałem się. Jestem w czarnym monstrum, najmocniejszym aucie jakie kiedykolwiek prowadziłem po cywilnych drogach. Godzina późna, deszcz leje, a przede mną 200km amerykańskiego asfaltu. Fotele dokładnie trzymają boki, w dodatku są skórzane, klimatyzowane i podgrzewane! Kocham Amerykę. Czy mogę chcieć więcej? Ruszam spod świateł i czuję się jak ktoś kto wygrał 6 w totka. Chwilo trwaj wiecznie, a ty “Panie Darku” dawaj więcej czerwonych świateł. Włączam tryb “wet&snow” bo nie znam auta, ale nawet na tym trybie z dynamicznego startu czuję, że koła walczą z mokrym asfaltem. Zmiana trybu na sport, lewa noga na hamulec prawa na gaz i lekka utrata przyczepności. Nie pali gumy bo mokro, ale ma zapędy do tańca. Spojrzenie na Agę - muszę zluzować z zabawą. No ale nic, lepiej niedosyt niż przesyt. Ale ja już wiem, napęd na tył - to jest to, więc po powrocie do Polski czeka nas zmiana auta.

Najciekawsze dopiero przede mną, ale jeszcze o tym nie wiem. Dojeżdżamy na miejsce, adrenalina jeszcze trzyma i kontakt ze mną jest ograniczony, wciąż trawię ten samochód. Podjeżdżam pod wejście do hotelu. Aga wyskakuje nas zalogować, wnosimy bagaże, młoda w łożku, a ja wracam na dół już sam wziąć kilka drobiazgów i zaparkować. Idę do niego i czuję, że jestem sobą jak nigdy. Czuję się wyjątkowo dobrze - już wiem, że trochę tłumiona i spychana na bok pasja, którą miałem od dziecka znaczy dla mnie bardzo wiele.

Parkuję, wychodzę z auta. Projektory z lusterek wyświetlają na asfalcie logo Mustanga, auto świeci pięknymi ledami. Podświetlenie wnętrza, projektory na zewnątrz, czarny rasowy kolor nadwozia. Robi wrażenie. Myślę sobie - to jest moja chwila, ale pora schłodzić się i wyspać. Styknie tego podniecania, więc gaszę się szybką myślą: przecież to Ameryka, w wypożyczalniach roi się od Mustangów, masz jego najsłabszą 4-cylindrową wersję - to nie Lamborghini i idź chłopie spać. No dobra, idę - pomyślałem. Z drzwi hotelu wychodzi kilka osób. Ich kroki zmierzają w stronę parkingu, jakby idą w moją stronę. Podchodzą i zaczynają oglądać moje auto! Dwie nastolatki, nastolatek i ich rodzice. Oglądają, z chęcią prezentuję środek, mówią “it’s beatutiful, looks amazing, that’s a really cool car”. Zaczynają się pytania: “So are you from New York?” blacha na aucie nowojorska, mówię, że jestem przejazdem, pytają “Co robisz w życiu? Czym się zajmujesz”. Pytają jak od kiedy i co konkretnie, chcą dowiedzieć jak to robię z tym zdalnym życiem. Proszą mnie o fejsa - daję. Rozmawiamy, mówię o blogu, Vagaru, językach i podróżach - słuchają, a wszystko jest AWESOME. Język mi się już pląta, więc żegnamy się z uśmiechem i serdecznością. Odcinam sobie rękę, jeśli serdeczność nie była prawdziwa. Czuję spokój, uśmiech i wiarę w siebie. Moje 5 minut sławy, które wykorzystałem. Jest prawie pierwsza w nocy. Umordowany, zmęczony, poduszka. Wiem, że rano czekają mnie zaległości z dzisiaj - setka maili i problemy do rozwiązania, ale dzisiaj chwilo trwaj, jesteś piękna, umocniłaś mnie i pokazałaś, że ludzie nie zazdroszczą gdy masz fajne auto. Nie przechodzą obok męcząc coś pod nosem - wręcz przeciwnie, zagadują z uśmiechem i życzą powodzenia.
 

Cholera, samochód ma ogromne znaczenie na to jak Cię postrzegają. Nawet nie sądziłem, że aż tak. To znaczy może i sądziłem, ale nie doświadczyłem tak bezpośrednio. Gdy mieszkaliśmy w Rhinebeck, małym miasteczku w stanie Nowy Jork jeździliśmy 20 letnim Oldsmobilem, pożyczonym od wujka z Ameryki :) Tak, nie śmiej się Oldsmobile to nie znaczy “stary samochód” - to amerykańska marka samochodów, choć w naszym przypadku jedno i drugie znaczenie było zasadne. Raz pamiętam, jak pomogłem odgarnąć śnieg jakiejś dziewczynie na parkingu sprzed auta. Od razu zaprosiła mnie na drinka do baru, w którym pracowała. Powiedziała, że pokaże mi nawet za chwilę gdzie jest ten bar, ale gdy podszedłem do swojego auta i go zobaczyła wyraźnie straciła chęć rozmowy i prawie uciekła. Pomyślałem - dobre autko, żadnych pokus. Powinni je rozdawać przymusowo każdej parze, przyczyniliby się do spadku ilości zdrad i rozwodów.

W każdej z tych dwóch historii byłem tą samą osobą, ale miało znaczenie tylko to czym jeżdżę. Zdałem sobie sprawę z tego jak silnymi narzędziami do wywierania wpływu na ludzi dysponujemy. Nie powinniśmy oceniać po pozorach? Może, ale nawet jako ja - i mówię o moim własnym indywidualnym odczuciu wobec siebie - chcę wchodzić, wychodzić i oglądać nowego Mustanga, a nie starego Oldsmobila. Jeśli ja tak czuję, to czemu mam wytykać to innym? Nie będę. Myślę po prostu że warto być świadomym ocen, które rodzą się w naszym umyśle setki razy dziennie w różnych sytuacjach.

Kończąc historię Mustanga, dzięki “pomyłce” wypożyczalni, mogliśmy wymienić wersję z twardym dachem na Convertible w dowolnej chwili i zrobiliśmy to w Miami. Gdy podjechaliśmy na lotnisko dokonać wymiany mogliśmy wybrać nawet kolor. Wersja z otwieranym dachem była spełnieniem marzenia, ale prawdziwy Mustang to jednak ten typ z twardym dachem i cały czas za nim tęsknię. W Miami nie zaszpanujesz Mustangiem, a już na pewno nie wersją z otwartym dachem - na każdej ulicy spotkasz minimum jednego ze studentami i muzą na full :) Pewnego wieczoru z wielkim hukiem śmignęły obok mnie żółty Huracan (Lamborghini) i czerwona Italia (Ferrari). Pamiętam jak jeździ się Lamborgini. Miałem przyjemność zaliczyć 3 irracjonalnie krótkie okrążenia na torze. To jest inny wymiar rzeczywistości. Sprawdziłem, takie również można pożyczać w Miami. Nie dziwi mnie to. Tutaj nic nie wolno i wszystko można. America, I love you. See you next time, babe!

 

logo Script logo