Najbardziej fascynujące miejsce w USA

Jadąc na północ od Wielkiego Kanionu wiedzieliśmy, że czeka nas przyroda, jakiej dotąd nie widzieliśmy. Wielki Kanion nas zachwycił, ale to, co nastąpiło później, przekroczyło nasze oczekiwania.

Welcome to Utah - Life Elevated” - taki znak wita Cię na granicy stanów Utah i Arizony. Wzniosłe życie? Slogan, który ma uosabiać serce i duszę stanu, ma być inspiracją, odzwierciedleniem stanu umysłu i pięknej przyrody.



Jedziemy, a tam krajobraz zmienia się dosłownie z każdym mrugnięciem oka. Zielona drzewa i krzewy nagle ustępują miejsca wysuszonej słońcem pustyni i skałom pokolorowanym wszystkimi odcieniami czerwieni i pomarańczu.

Tuż za granicą z Arizoną, gdy jedziesz drogą nr 163, czeka Cię widok jak z pocztówek, jak z filmów amerykańskich, jak z marzeń…

To Monument Valley, dolina znajdująca się wewnątrz rezerwatu Indian Navajo.





Nie myśl, że spotkasz tam amerykańską konsumpcję. Po drodze nie ma niczego oprócz widoków skał po sam horyzont.

To była pora obiadowa, na szczęście mieliśmy swój palnik i kilka produktów ze sklepu. Dzięki uprzejmości wlaściciela kempingu dla kamperów mogliśmy zaparkować samochód i przygotować obiad. W 30-stopniowym upale, otoczeni przeszywającą ciszą i widokami, którymi nie mogliśmy nacieszyć naszych oczu. Przecierałam oczy wiele razy, żeby uwierzyć w to, że naprawdę tu jesteśmy. 

 



Podróżowanie samochodem po zachodniej Ameryce nauczyło nas tego, żeby zawsze wykorzystywać możliwośc bycia w sklepie i zrobienia porządnych zakupów. Jedzenie i woda zawsze w aucie być musiały. Wodę najlepiej kupować największymi możliwymi pakami. Jest niezwykle tania, swoją drogą :) 

I to co jest bezwzględnie ważne, kiedy wybierasz się w taką podróż, to paliwo! Trzeba pilnować, żeby bak był zawsze pełny, bo wbrew pozorom, stacji beznynowych aż tak wielu tam nie ma. Zwłaszcza jak Twoje auto ma mały bak!

Powód jest prosty. Bardzo często jechaliśmy kilkadziesiąt i kilkaset mil, a po drodze dosłownie nie było niczego. I nawet z takimi znakami się mijaliśmy, które otwarcie informowały o tym, że przez najbliższe 100 mil nie będzie niczego. Dreszczyk emocji, cudowne krajobrazy, dobra muzyka… i nic więcej nie było do szczęścia potrzebne :) 
 



Nasz pierwszy przystanek w Utah to Moab. Urocze miasteczko otoczone górami i parkami narodowymi: Arches National Park i Canyonlands National Park. Na pewno kiedyś tam wrócimy. Atrakcje takie jak rowery, quady, off road, spływy kajakowe rzeką Kolorado w tamtych okolicach są zdecydowanie obowiązkowe. 


Kemping, tym razem prywatny, dużo mniejszy od tego państwowego przy Wielkim Kanionie, z łazienką blisko i placem zabaw na wyciągnięcie ręki. Obsługa dość powolna, ale pomocna. Mam wrażenie, że wszyscy tam byli bardzo wyluzowani. BARDZO. Zapachy świeżej marihuany obecne były na każdym kroku.



To właśnie tam poznaliśmy grupkę przyjaciół z Salt Lake City (w tym stewardessę American Airlines!), którzy zaprosili nas do swojego ogniska i nauczyli robić słynne amerykańskie s’mores :) (pieczone pianki marshmallows, przekładane czekoladą i herbatnikami w formie kanapki ;) 

S’mores to smak, który możesz spotkać wszędzie. Nawet Starbucks ma w ofercie Frappuccino S’Mores :) 

To oni też opowiedzieli nam o miejscu, o którym sami dowiedzieli się od lokalnych mieszkańców Moab. Mała rzeczka z wodospadem i naturalny basen w tej pogodzie brzmiały jak raj.

Pierwszego dnia jednak chcieliśmy koniecznie zobaczyć słynne łuki. Arches National Park, w którym znajduje się ponad 2000 naturalnych łuków i różnych formacji skalnych. Delicate Arch to jeden z najbardziej popularnych, występujący na tablicach rejestracyjnych samochodów :)
Tam postanowiliśmy się wybrać. Szlak nietrudny, wręcz łatwy, pod warunkiem, że nie pokonuje się go o dwunastej w samo południe z dwunastokilogramowym dzieckiem na plecach, kiedy słońce bezlitośnie praży, a chmur, za którymi czasem mogłoby się schować, nie widać… 

Gdy patrzyliśmy na niego z dołu, wydawał się być blisko, na wyciągnięcie ręki. Ludzie, których spotykaliśmy na szlaku jak jeden mąż zachęcali, by koniecznie do niego pójść. „It’s totally worth it, keep going!”



A więc parliśmy do przodu. I wiesz co? Zobaczyć ten łuk z dołu to nic. Zobaczyć go na pocztówce, to też nic. Ale ujrzeć go na żywo, z bliska, na wyciągnięcie ręki to jest przeżycie, które pozostawia trwałe pamiątki w sercu. Delicate Arch nie jest taki delikatny, jest w rzeczywistości wielki. I piękny. Potężny. Jasno daje do zrozumienia, że jesteś tylko mikroskopijnym punkcikiem w tej bezkresnej przestrzeni z ośnieżonymi szczytami górskimi w tle.

Cudo. Następnym razem w Moab chciałabym spędzić co najmniej miesiąc, żeby te szlaki poznać, zobaczyć inne łuki i nie ścigać się z czasem. 

Jest jeszcze drugi park, ogromny, usiany kanionami i rzekami. Canyonlands. Uwierz mi, że poniższe zdjęcia to tylko fragmenty ogromu skał, kanionów i rzek, jakie tam są... 



Drugi dzień to dwa podejścia do wodospadu, polecanego przez naszych nowych przyjaciół. Dwa, dlatego, że gdy pierwszym razem zobaczyliśmy strome skały, po któych trzeba było się wspiąć z dwuipółletnią Kalinką, zrezygnowaliśmy. Niezadowoleni, zawiedzeni. Spotkaliśmy rówieśnika Kali z mamą, skaczącego po rzeczce i dowiedzieliśmy się od jego mamy, że tylko początek trasy jest trudny, później jest łatwo. Nie zastanawialiśmy się dłużej, zapakowaliśmy Kali w nosidło i ruszyliśmy w drogę. Jasne, że trzeba uważać, bo stromo i ślisko, a jak się noga podwinie, to lecisz prosto do kamienistej rwącej rzeczki. Ale to naprawdę był tylko kawałek. Dalej droga była prosta, lekka i co jakiś czas poprzecinana płytką rzeczką, którą trzeba było przejść. Po około 50 minutach marszu oczom naszym ukazał się taki wodospadzik z niesamowicie czystą i zimną wodą. 




Cudowne miejsce. A tam podobno jest takich perełek wiele. Możesz sobie wyobrazić, że wcale nie mieliśmy ochoty stamtąd wyjeżdżać.

Ale ruszyliśmy, bo następny przystanek naszej podróży położony pośrodku niczego bardzo nas intrygował. Żeby tam dotrzeć, z autostrady zjechaliśmy na chyba najpiękniejszą drogę całej Ameryki, słynną dwunastkę. Zakręty, zielone lasy i widoki, których nie odda żadne zdjęcie, nawet panoramiczne, ogromna przestrzeń i spokój to początek tej drogi. Z czasem otoczyły ją kamienie wielu barw. Dodam tylko, że stacje benzynowe pojawiały się niezwykle rzadko. Po drodze minęliśmy może dwa małe miasteczka i poza tym nic oprócz bezkresu przyrody. 












Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, a GPS zapowiadał „turn right”, byłam w konsternacji. Jasno powiedziałam Kamilowi, że mamy chyba zły adres. Przecież dookoła były skały i kręta droga, nawet nie widać było żadnych bocznych uliczek. Jedziemy dalej i jest. Skręt do szutrowej dróżki, po której GPS każe jechać jeszcze 13 mil. Uśmiechamy się szeroko i jedziemy w te skały. Po 13 milach oczom naszym ukazała się brama, za którą przyglądały nam się konie… i był! Wjazd do naszego rancza.  

Cisza, spokój, ludzie, którzy porzucili życie w dużym miejscie na rzecz tej ciszy… Boulder Mountain to miasteczko, w którym znajduje się kilka domków i jeden sklep, słabo zaopatrzony. Jedna kawiarnia i restauracja, serwująca hamburgery z ekologicznej wołowiny, domowej roboty ciasta, prowadzona przez grupkę przyjaciół z kolczykami i tatuażami na całym ciele. 



Nasze ranczo to miejsce samowystarczalne, mające własne zwierzęta i własny organiczny ogród. Wszystkie produkty są świeże i przygotowywane na miejscu w lokalnej restauracji. Poznaliśmy na miejscu ludzi (z pochodzenia Chińczyków), którzy przywieźli swoją córkę (studentkę) na miesięczne praktyki w tym ogrodzie. Ludzie niesamowicie obyci, oczytani, którzy wiedzieli sporo o Polsce (nie ukrywam, że było to dla nas spore zaskoczenie!), przyjaźni, serdeczni, otwarci. 

 

Ranczo było kompletnie odcięte od świata. Była sieć wi-fi, ale nie działała najlepiej. Ale… nie działały telefony. To znaczy zasięg tam nie docierał. W razie nagłych sytuacji dostępny był telefon stacjonarny, z którego można było skorzystać. 

 

Chcąc zadzwonić gdziekolwiek, skontaktować się ze światem musieliśmy jechać ok 30 mil w jedną stronę do Escalante, miasteczka, w którym zasięg był i nawet wi-fi można było całkiem niezłe złapać w jednej pizzerii. I zakupy można było zrobić, bo był sklep nawet nieźle zaopatrzony ;) I plac zabaw z fontannami był :) 

 

Co tam robić? Oprócz tego, że można cieszyć się z bycia w miejscu, gdzie mało kto dociera, oprócz tego, że można kosztować pyszne i świeże jedzenie, można zobaczyć kaniony, do których również mało kto dociera, które nawet nie mają swojej oficjalnej nazwy.



Takie steki serwują... :)



I takie wegeburgery!

Singing Canyon, nazwany przez lokalnych mieszkańców to kanion, do którego wskazówki dojazdu były niezbyt konkretne. „Jedźcie około 10 mil i po lewej stronie go zobaczycie”. Spodziewaliśmy się tabliczki, znaku, czegokolwiek. Jedyne, co nam pomogło go znaleźć to dwa samochody zaparkowane na ulicy, które wskazywały na to, że pewno ktoś jeszcze go poszukiwał. I znaleźliśmy. Śpiewający Kanion to spokojne miejsce, w którym podobno lokalni artyści nagrywają swoją muzykę, a to dzięki akustyce, jaka tam panuje :)
Sama kręta droga między skałami i nad przepaściami wzbudzała mnóstwo emocji. 

 











Jadąc już na Zachód Ameryki zahaczyliśmy jedynie o jeszcze jeden kanion. Bryce Canyon, który wygląda kosmicznie. Dzisiaj wiem, że w Utah mogłabym spędzić pół roku i byłby to czas wypełniony różnymi aktywnościami, ale także odpoczynkiem z niesamowitymi widokami.







Jest jeszcze sporo miejsc, do których nie dotarliśmy, nie poczuliśmy, nie pobyliśmy, nie pochodziliśmy. Na pewno tam wrócimy. Do dziś nie możemy wyjść z zachwytu nad cudowną przyrodą, jej ogromem i pięknem w stanie, o którym tak wiele się wcale nie mówi. 

Także Wielki Kanion zobaczyć trzeba, ale on jest tylko wstępem do tego, co możesz przeżyć jadąć dalej, na północ…

 

logo Script logo