Polska też jest piękna!

"Cudze chwalicie, a swego nie znacie" (the grass is always greener on the other side of the fence) ;) pomyślisz pewnie kiedy spojrzysz na nasze blogowe podróże (you may think when you look at our travel section)

Oj znamy, znamy swoje! I dzisiaj będzie trochę o tym, co mamy dostępne blisko, prawie pod nosem (within a stone's throw), bez potrzeby dalekich wojaży za oceany i lądy (without the need for remote travel)… :)

Każdy wyjazd to dla mnie super przygoda (wonderful adventure), nowi ludzie, nowe doświadczenia (new experiences), nowe miejsca, a co się z tym wiąże ogromna dawka energii. I nawet jeśli to jest wyjazd w Polsce.

Uwielbiam krótkie i częste wypady (short and frequent trips to) do fajnych, klimatycznych miejsc. A jakie miejsca ja lubię najbardziej? Lubię wszystkie, ale szczególnym uczuciem darzę (I have special fondness for) wszystkie miejsca położone na południu Polski (on the south of Poland)… w górach (in the mountains)! Sama pochodzę z malowniczego miasteczka (I personally come from a picturesque town) na południu, otoczonego wzgórzami (surrounded by hills)… których widoku bardzo brakuje mi w Warszawie (whose view I really miss here in Warsaw).

Ale najbardziej lubię niespodzianki podczas podróży ;) jedną z takich niespodzianek był domek w polskich Tatrach z magicznym widokiem i atmosferą, do której chce mi się ciągle wracać (a ja należę do osób, które lubią ciągle jeździć gdzieś indziej!).

Wyobraź sobie, że budzisz się... odsłaniasz okna... a za nimi taki widok:

Pewnej jesieni zamarzyliśmy o tym, żeby wyjechać z miasta do głuszy (back country), do domku w lesie (cottage in the woods), gdzie dosłownie słychać ciszę (where you can literally hear silence). Było nam obojętne jaka będzie pogoda, mogło padać, wiać i być zimno, my i tak chcieliśmy po prostu się wyciszyć i zregenerować (recharge). Zresztą czego można sie spodziewać od listopada? (After all, what can you expect from November?)

;) 

A właśnie, że można i to całkiem sporo ;) aczkolwiek tak, panuje takie ogólne przekonanie (there is a common belief), że listopad jest miesiącem szarym i ponurym, zimnym i deszczowym. ALE NIE DLA NAS! :) Przecież nasze dziecko urodziło się w listopadzie :))) i to najpiękniejszy miesiąc z wszystkich! :) Zresztą to tak trochę na przekór tym ogólnym przekonaniom (against all those beliefs)... :) przecież to w naszym sercu jest słońce, bez względu na aurę za oknem!

Wybraliśmy domki i wiedzieliśmy, że odpoczniemy w domku w górach, w ciszy. Nie spodziewaliśmy się jednak (we didn't expect, though), że TAK odpoczniemy (that we would rest SO WELL) i ten wyjazd doda nam TYLE ENERGII do działania, żeby nie powiedzieć, postawi na równe nogi, w tym sensie pozytywnym :) 

Dojeżdżamy na miejsce (we arrive at our destination), a tam... las, cisza... słychać tylko szum potoczka płynącego obok lasu... a na tle granatowego nieba odbijają się wysokie szczyty gór. ŁAŁ.... Szczęki opadły (jaws dropped), serce zabiło mocniej (hearts started pumping). Żadne zdjęcie nie odda emocji (no picture will show emotions), jakie towarzyszą miejscom, wydarzeniom, spotkamym ludziom... A już na pewno nie odda zapachu…

Widoki z okna zapierające dech w piersiach, naprawdę. Jedzenie... zdrowe, domowe (home made), pożywne (nutritious) i przepyszne. Kalina zachwycona (enthralled)... plac zabaw z ciuchcią robi furorę... 

A no i zapomniałabym! Mają moją ulubioną kawę… z tygielka!!! Do tej pory oprócz tamtego domku, piłam ją tylko w jednym miejscu w Krakowie! 

Wstajemy na drugi dzień, a tam... temperatura kilkanaście stopni powyżej zera i nieśmiało wychodzi słońce. ŁAŁ :) Idziemy!!! Nasi gospodarze (cudowni ludzie!) polecają nam gdzie pójść, żeby nie zderzyć się z falą turystów (not to bump into hordes of tourists), a gdzie spotkają nas piękne widoki. Oj, jak oni się nie mylą! :) (Z tą falą turystów też nie przesadzam, bo jednak 90% osób uważa, ze listopad jest brzydkim, deszczowym i zimnym miesiącem (ugly, rainy and cold month). A podobno w polskich górach zazwyczaj jest ciepło i bardzo często świeci słońce!)

Ruszamy więc na Słowację (We set off to Slovakia), do ciuchci elektriczki do Smokovca. Stamtąd, z przygodami, docieramy do Sterbskiego Plesa niedaleko Łomnicy. Cudownie spokojnie... Kalinka, najmłodsza z całej ekipy, nie odpuszcza i chce dorównać wszystkim (wants to catch up with others). Gardzi plecakiem i maszeruje na własnych nogach, wzdłuż jeziora, po schodach na saaaamą górę... aż w końcu udaje się ją przekabacić na plecak (we manage to get her round to jumpi into a backpack) ;)




Kolejnego dnia pogoda nas nadal rozpieszcza (we are spoilt by perfect weather) i pozwala uderzyć na Rusinową Polanę... :)



A potem czas wrócić do domu... i tak oto omija się korki na Zakopiance :) 




Było tam nam tak dobrze, że wróciliśmy zimą... a zimą było... no zresztą sam zobacz:





PS. Ja już nie mogę się doczekać ZIMY! (I can't wait for the winter)

 

logo Script logo