Puglia, czyli tam, gdzie nie docierają turyści!

Z okazji wiosny i słoneczka za oknem, i przy okazji generalnych porządków w zdjęciach, postanowiłam zabrać Was w podróż po Włoszech, jakie nie tak wielu zagranicznych turystów odkryło... 

Italia to wyjątkowy kraj. Niewielki, a nieprawdopodobnie różnorodny. Północ to kompletnie inny świat niż południe. Dopóki nie poznałam różnych zakątków Włoch, patrzyłam na nie przez pryzmat znanej mi wcześniej Toskanii. A to jeszcze inna bajka. Piękna. Urocza. Jasne.
Jednak to południe skradło moje serce, przyprawiło o szybsze jego bicie i szeroki uśmiech :) Od pierwszego spotkania działa na mnie jak magnes (podobnie jak Nowy Jork!), do którego MUSZĘ kiedyś wrócić :) 

Południowa część Włoch, którą miałam wielką przyjemność poznać to Puglia, czyli patrząc na mapę: obcas buta.

Puglia nazywana Toskanią Południa lub krainą białych miast słynie z najlepszej oliwi i wina, migdałów, smakowitego jedzenia, pięknych miasteczek. Do tego wszystkiego dociera tu mało turystów. 

Takie informacje znaleźliśmy na stronach anglojęzycznych przed wyjazdem. Wiedzieliśmy od razu, że musimy tam być! :)

Sunąc po włoskich autostradach krajobrazy były nam znane. Dopiero autostrada mijająca Rzym i Neapol wprowadzała nas stopniowo w coraz to inny krajobraz po to, by tuż po zjeździe z niej oczom naszym ukazała się ogromna przestrzeń. Lokalna droga, kilka samochodów na krzyż, co jakiś czas pojawił się jakiś traktor lub inna rolnicza maszyna, a dookoła bezkresne pola uprawne zatopione w gorącym południowym słońcu... 
 




Są takie miejsca, są takie chwile w życiu, które powodują szybsze bicie serca, ciarki na plecach i uśmiech od ucha do ucha tak po prostu. Gravina in Puglia to dla nas właśnie takie miejsce. Zachwyceni i nasyceni widokami spokojnych i sielskich krajobrazów, dotarliśmy do miejsca, które było jedynie "tranzytowe". A tu taka niespodzianka! Miasto narodzin papieża Benedykta XIII, czyste, autentyczne, wolne od menu turistico, prawdziwie włoskie. Miasto, o którym nie wspomina Lonely Planet, a w którym czas jakby wolniej płynął. Miasto, o którym niewiele albo praktycznie nic nie ma nawet w Internecie (poza krótką wzmianką w Wikipedii i oczywiście oficjalną stroną miasta). Na pewno tam wrócimy kiedyś :)
 













Takie widoki nocą:





Puglia słynie z przeróżnych festynów i festiwali. Na jeden z takich festiwali trafiliśmy w Gravinie. Od godz. 21.00 do późnej nocy odbywały się pokazy tańca (zasypialiśmy koło 1 w nocy, a oni nadal tańczyli...) Było głośno, gwarno i radośnie. Chyba wszyscy mieszkańcy z całymi rodzinami (od najmłodszych dzieciaczków jeszcze w wózkach po dziadków) spędzali gorący sobotni wieczór na placach i placykach, w parkach, w restauracjach i kawiarniach, głośno rozmawiając, zajadając się kolacją (a właściwie późnym obiadem :) i sącząc przepyszne wino. Nie skłamię jeśli powiem, że każdy był ubrany inaczej, oryginalnie, wyjątkowo, ciekawie i ze smakiem. Każdy miał inną fryzurę (w tym również część męska!), z powodzeniem można było wyhaczać najnowsze trendy w modzie! Nadmieniam, to mała miejscowość gdzieś na południu Włoch, żaden tam Mediolan!



 

W Gravinie dostaliśmy chyba najlepsze na świecie rogaliki z rozpływającą się czekoladą. Niestety rogaliki były tak pyszne, że zanim pomyśleliśmy o ich sfotografowaniu, już ich nie było! Były wielkie, a ciepła czekolada wylewała się na wszystkie strony. Do tego prawdziwie czarne, mocne espresso.

To było magiczne miejsce, do którego kiedyś chcielibyśmy wrócić :)

Na naszej liście miejsc, które chcieliśmy odwiedzić była Matera. Niezwykle fascynujące miejsce. Nie ma na świecie tak wielu miast liczących około 7 000 lat. To tutaj znajdują się słynne „sassi”, czyli mieszkania wydrążone w skale.





To, co nas naprawdę uderzyło to to, że ludzie mieszkali jeszcze w tych skałach, w maleńkich pokoikach razem z dziećmi i zwierzętami (sic!), w gorszych niż spartańskie warunkach aż do lat 50-tych XX wieku! Nie mieli dostępu do wody bieżącej, mnożyły się choroby, a dzieci bardzo często nie były w stanie przeżyć. Dopiero po falach zabójczych epidemii władze miasta postanowiły przesiedlić mieszkańców Matery zapewniając im ludzkie warunki do życia.


Zdecydowanie warto zostać tu dłużej niż tylko kilka godzin.

Słońce świeci bardzo wysoko, cudownie jest z niego korzystać, ale w rozsądnej ilości i z właściwym zabezpieczeniem (my korzystaliśmy z naturalnego oleju kokosowego, przyznaję, rewelacja! :) czapki, okulary przeciwsłoneczne).


To, co mnie tam urzekło to spokój. Magiczna aura i niepowtarzalny klimat Matery są w moim sercu do dziś :) 
 




Z Matery udaliśmy się dosłownie do bajki :) Bajkowa kraina, która nazywa się Alberobello. To miasteczko pełne trulli. Trullo to mały budynek, zazwyczaj mieszkalny, wykonany z kamienia wapiennego, pokryty stożkowatą kopułą. 
 






Wiele teorii kryje się za genezą trulli, jedną z najbardziej popularnych jest to, że w związku z wysokimi podatkami od nieruchomości, mieszkańcy Puglii budowali domki, które można było szybko rozłożyć na wypadek kontroli urzędników.

Dzisiaj większość trulli to sklepy, restauracje i hotele, choć niektóre są wciąż zamieszkałe przez mieszkańców Alberobello.
 








Spokojna, nieco leniwa atmosfera miasteczka powoduje, że chce się tam po prostu pobyć... i zostać! I smakować lokalne wyroby, jakich nie znajdziesz nigdzie indziej

:)

Rogaliki z Graviny to jeden powód do powrotu do Puglii. Ale likiery domowej roboty amaretto z lokalnych pestek moreli to coś, po co absolutnie muszę wrócić. Obłędne. To amaretto, które znajdziesz na półce w sklepie nawet nie stało obok tego prawdziwego. 

Z Alberobello udaliśmy się jeszcze dalej. Na sam czubek obcasa. 

 

Półwysep obejmujący miejscowości na południe od Lecce (również częściowo Brindisi i Taranto) to Salento.

To tutaj jedliśmy najlepsze w życiu owoce morza, kąpaliśmy się w turkusowym morzu w Pescoluse, rozmawialiśmy z Włochami, którzy to miejsce wybrali jako swój dom i bardzo chcieli podzielić się z nami kawałkiem ze swojego życia. Tutaj spotkaliśmy najbardziej sympatycznych, pomocnych i szczerych ludzi (gdy poprosiliśmy w lokalnej trattorii o spaghetti carbonarę dla Kaliny, dostaliśmy najpyszniejszą carbonarę jaką można sobie wymarzyć, z domowego makaronu, który przed chwilą został zrobiony i naprawdę świeżych składników.) To tutaj po prostu odpoczywaliśmy i wychodząc gdziekolwiek, nie braliśmy często nawet aparatu. To tutaj jeszcze tak mało jest tzw. udogodnień turystycznych. Wszystko się dopiero buduje lub jeszcze jest w rozsypce. To miejsce znają Włosi, nie spotkaliśmy ani jednego obcokrajowca. Tak szczerze to stanowiliśmy atrakcję dla lokalsów :) To tutaj łączą się dwa morza: Adriatyckie i Jońskie.

To Salento było ostatnim punktem podróży TAM, ponad 3 000km od domu.










 

logo Script logo