Szalony rok 2017 ;)

“Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj”. Mark Twain
 

[Z uwagi na sporą ilość zdjęć... wszystkie wraz z opisami znajdziesz pod tekstem! :) a za kilka dni... pojawi się... FILM!!!]


Dokładnie rok temu zdecydowaliśmy się opuścić naszą bezpieczną przystań ;) Napędzeni silną potrzebą zmiany, czuliśmy, że to jest TEN moment, żeby spełnić jedno z naszych wielkich i trochę szalonych marzeń… od zawsze chcieliśmy doświadczyć życia w innych miejscach na świecie.

Jak to jest żyć sobie gdzieś indziej? Jak wygląda życie pod innym kawałkiem nieba?

Rok temu o tej porze cieszyliśmy się jak dzieci z naszego prezentu pod choinkę, który sami sobie sprawiliśmy - były to bilety do USA. Nie na wakacje, nie na 2 tygodnie, ale na 3 miesiące. 

To był TEN czas, to był TEN moment, kiedy wiedzieliśmy, że MUSIMY i bardzo CHCEMY to zrobić. 

Totalna zmiana i rewolucja w codziennej rutynie, praca w zupełnie nowym trybie, inna rzeczywistość wokół, nowi ludzie. Nasza wtedy 4-letnia córka przestała chodzić do przedszkola i razem zaczęliśmy spędzać o niebo więcej czasu. Reorganizacja codzienności w każdym aspekcie życia ;) 

Wszystko to przyjmowaliśmy z szerokim uśmiechem na buzi i otwartym sercem. 

Jedyne co wiedzieliśmy wtedy to jaka data widnieje na naszym bilecie powrotnym ;) ale nie wiedzieliśmy co zrobimy potem. Nawet nie chcieliśmy o tym myśleć. 

Gdy osoba, którą właśnie poznaliśmy pytała, gdzie mieszkamy, z beztroską i wielkim uśmiechem odpowiadaliśmy, że aktualnie “tutaj”, czyli tam, gdzie akurat się znajdowaliśmy :) 

Tu i teraz, dosłownie tak ;) 

I bardzo nam się to podobało!

Spędziliśmy niesamowicie inspirujące 3 miesiące w Stanach. To był czas obfitujący w cudowne spotkania z przeróżnymi ludźmi, wyjątkowe wspomnienia (te piękne, i te mniej piękne też!), to kolejna amerykańska podróż, tym razem wzdłuż wschodniego wybrzeża USA aż na sam kraniec kraju, to także kilkumetrowe zaspy śnieżne, mróz w Nowym Jorku, a tuż potem kąpiel w oceanie na Florydzie w marcu… Każdego dnia na własnej skórze doświadczaliśmy dosłownie tego, co “tu i teraz”. 

Ale to nie był typowy “gap year”, w czasie którego możesz w pełni oddać się zwiedzaniu, odkrywaniu i byciu… my także pracowaliśmy. Inaczej niż wcześniej, często nocami. 

W tamtym czasie stworzyliśmy od zupełnych podstaw kurs Angielskiej Wymowy, zrobiliśmy także nagrania. Wymagało to skupienia, organizacji, planowania… i sprawnego działania. 

Gdy wróciliśmy do Polski wiosną (a w zasadzie prawie zimą… pamiętacie śnieg w maju???) przez cztery letnie miesiące odkrywaliśmy polskie Trójmiasto, poznaliśmy tam fantastycznych ludzi i zostawiliśmy tam kawałek serca. Zmęczeni intensywną podróżą po Stanach postanowiliśmy podróżować w rytmie “slow travel” i dać sobie więcej czasu na pracę… jednak znów w innym, nowym, bardzo otwartym otoczeniu. 

To, co stworzyliśmy w Stanach przeczekało swoje po to, żeby podjąć decyzję o totalnej zmianie koncepcji. Mnóstwo pracy można by powiedzieć… poszło w kosz… ale nie na darmo. Bo dzięki temu mogliśmy stworzyć coś, co do czego mieliśmy stuprocentowe przekonanie. 

Projekt okazał się znacznie bardziej rozbudowany niż zakładaliśmy jeszcze na początku roku… i musiał poczekać jeszcze chwilę, musiał uleżeć się, żebyśmy mogli z czystym sercem oddać go Wam. 

Gdy trójmiejskie słońce przestało mocniej grzać i poczuliśmy chłodniejszy powiew wiatru, postanowiliśmy znów ruszyć w drogę tam, gdzie słońce nadal świeciło mocno. Przez czeskie baseny termalne, słoweńskie bajeczne górskie krajobrazy, najukochańsze włoskie wszystko (!), przez francuską Prowansję i cudowne Saint Tropez, przez Kraj Basków, Katalonię i stopioną w słońcu Cordobę, przez zatłoczone Porto, ciasną i klimatyczną Lizbonę, zapierające dech w piersiach fale oceanu i najpiękniejsze zachody słońca, jakie widzieliśmy…  zrobiliśmy ponad 10 000 km. 

Jechaliśmy niespiesznie, dając sobie czas na codzienną porcję ruchu, na pracę, zabawę.

Jednak po 10 miesiącach ciągłego przemieszczania się i życia na walizkach (tak, naszą szafą były walizki, a drugim domem samochód… w ciągu samej 5-tygodniowej podróży po Europie spędziliśmy ponad 100 godzin w samochodzie) poczuliśmy zmęczenie. Psychiczne i fizyczne. 

Znasz takie uczucie, kiedy budzisz się rano i musisz zastanowić się przez moment gdzie Ty właściwie jesteś? Doświadczaliśmy go praktycznie codziennie w drodze z Portugalii do Polski ;) Poczuliśmy ogromną chęć pobycia w jednym domu. Bez jazdy, bez kolejnego rozpakowywania walizki. W swojej łazience i w swojej kuchni.

Co robiła w tym czasie Kalinka? Wszystko, co robią dzieci w jej wieku ;) skakała na placach zabaw, budowała zamki z piasków, poznała gimnastykę i parkour, które pokochała miłością absolutną, tańczyła, odkrywała z nami nowe kraje i języki, nawiązywała nowe relacje, opanowywała komunikację w języku angielskim, zdążyła zakochać się we Włoszech i języku włoskim (no jak dziecko może nie kochać kraju najlepszych lodów świata??? :), robiła salta na trampolinach, jeździła na rowerze, malowała, rysowała, pisała. A wszędzie zabierała ze sobą swoją różową walizkę, z niezmienną zawartością - wszystkie psiaki i ich superpojazdy z Psiego Patrolu towarzyszyły jej w każdej podróży, nieważne czy samolotem, czy samochodem…

Spaliśmy w sumie w ponad 40 różnych mieszkaniach/pokojach/domach. Czasem 1,5 miesiąca w jednym, czasem 2 miesiące, a czasem tylko dobę.

Zjeździliśmy 12 krajów w Europie, 8 stanów w USA i prawie całą Polskę, od morza po same podkarpackie wzgórza. Przejechaliśmy samochodami w podróży po Europie i USA łącznie przez mniej niż pół roku ponad 20 tysięcy kilometrów. Licząc wszystkie środki transportu można śmiało powiedzieć, że 2017 to był rok okrążenia równika ;) Razem z naszą córką, łącząc podróż, bycie razem z pracą i dużym projektem, nad którym pracowaliśmy w 2017 roku.

Po powrocie do własnego domu świat wirował nam w głowach wciąż wieloma barwami, emocjami, wrażeniami, a do tego nowe sprawy nawarstwiały się w ekspresowym tempie. Dopiero po dwóch miesiącach mogę powiedzieć, że odczułam spokój i z tym spokojem mogłam usiąść do ogarnięcia zdjęć ;)  

To był aktywny rok. Jeździliśmy rowerami, chodziliśmy po górach, zdobywaliśmy wspólnie zamki, nabywaliśmy nowe umiejętności. Ja ogarnęłam rolki, Kalinka zaczęła sama śmigać na rowerze już bez dodatkowych wspomagaczy, a Kamil wreszcie zrobił upragnionego muscle - upa, nad którym pracował… na pewno wiele miesięcy, jak nie rok… Trenowaliśmy przez jeden kwartał intensywnie i morderczo, a przez resztę czasu czysto rekreacyjnie, ale nieprzerwanie. Ruch stał się naszym nawykiem i priorytetem, wokół którego planujemy nasz dzień.

Tak, rok 2017 to zdecydowanie rok koczowniczy, twórczy i niebywale intensywny. 

Nasza praca odbywa się wszędzie tam, gdzie jest Internet, możemy więc pracować z każdego miejsca z siecią.  To było jedno z naszych największych marzeń… i nie spadło nam niczym piękna gwiazda z nieba. Pracowaliśmy sami wiele lat na to, by móc w taki sposób pracować. 

Nasza praca jest też spełnieniem marzenia… pracujemy dla ludzi, z ludźmi, piszemy, nagrywamy, pokazujemy jak uczyć się, żeby robić to skutecznie, pokazujemy inne możliwości nauki, nowe podejście do nauki i edukacji… zmieniamy świat, krok po kroku. I tego nigdy nie przestaniemy robić. 

Czy bycie takim “cyfrowym nomadem”, czy też koczownikiem ;)  jest na pewno takie przyjemne i fajne? :)  

Musisz się przekonać na własnej skórze… ;) Chcesz? Marzysz o tym? :) Nic nie dzieje się od razu… ale z odpowiednią determinacją możesz wszystko zrealizować.

Tak jak wszystko, również praca na odległość w podróży ma mnóstwo plusów, ale ma też swoje minusy ;) To jednak temat na oddzielny wpis.

Rok 2017 pożegnaliśmy… jakby inaczej, w kolejnej, choć krótkiej podróży, w Berlinie. Gdy przechadzaliśmy się z naszymi niemieckimi znajomymi w miejscu, w którym trwały próby do wieczornej imprezy sylwestrowej, przy wejściu powitały nas słowa piosenki:

“I wanna wake up in a city that doesn’t sleep”… New York, New York… Franka Sinatry. 

Oczy nam zabłyszczały, serce zabiło szybciej, wszystkie wspomnienia wróciły. 

Tak przecież ten rok zaczynaliśmy.

Gdy już wyszliśmy i wracaliśmy do domu, zorganizować naszą własną imprezę żegnającą rok 2017, odprowadzały nas słowa piosenki, która starała się naszym hymnem z trasy naszego eurotripa.

“I built a home and wait for someone to tear it down
Then pack it up in boxes, head for the next town running
'Cause I've got memories and travel like gypsies in the night
And a thousand times I've seen this road
A thousand times
I've got no roots, but my home was never on the ground
(…)”

 

Było to niesamowite uczucie!

Bo to był niesamowity rok… 

 

[ZDJĘCIA]

Psi Patrol i walizka muszą być. Ważniejsze niż paszport!
 

 


New York, New York.... nie da się przejść obojętnie!!!
 

 

 

 

Cudowna Virginia. Jeden z naszych ulubionych stanów. Trzeba wrócić :)


 

Magiczne Charleston... tak też wrócimy!
 


I to samo miejsce z perspektywy 4-latki.
 

 

I magia, i czary, i spełnienie dziecięcych marzeń... Disneyworld.
 

 

Z całą pewnością najlepsza plaża, na jakiej (do tej pory!!!) byliśmy. Sarasota na Florydzie. Biały piasek, turkusowa woda i takie zachody słońca... 
 

 

 

 

I mega aktywny Gdańsk...

 

 

Nasze ukochane Włochy. Riva del Garda...
 

 


Cinque Terre...

 

 

Francja... Saint Tropez!
 

 

Kraj Basków...
 


Barcelona..
 


Porto...
 

 

Lizbona...
 


Niedaleko Lizbony...
 


Lagos...
 

 

Czarująca Słowenia... tam wrócimy!!!
 

 

Dziecko w podróży... tak się bawi :) 

 

 

I tak.

 

 


 

 

I nabywa nowe umiejętności.

 

 


Praca? W każdych warunkach. Byle kawa była!!! :) 

 


Tym samym otwieram serię artykułów o konkretnych miejscach, które odwiedziliśmy... :) 

A jeśli masz ochotę na jeszcze więcej wrażeń z tego podsumowania... najpóźniej za kilka dni pojawi się filmik! ;) ;) ;) Filmik już jest:

 

logo Script logo