Zakwaterowanie w USA, ciąg dalszy.

Da się poznać nowe miejsce z hotelu. Można przecież z niego wyjść, do muzeum, do parku, na ulicę, na bazarek. Można spotkać się z ludźmi, porozmawiać o tym, co lubimy, co nam się podoba, co nas zadziwia w danym miejscu.
Wszystko zależy od naszego podejścia i tego ile nam się chce, i przede wszystkim co nam się chce :) 

Hotel może być bardziej anonimowy i może dawać większe poczucie swobody. Może być też przyjazny i autentycznie otwarty. A wszystko dzięki ludziom, którzy go tworzą i zasadom, jakimi chcą się kierować.

Jest tylko jedna rzecz, której nie da się stworzyć w hotelu. Poczucia, że naprawdę się mieszka wśród ludzi z tego konkretnego miejsca.

I za to uwielbiam serwis airbnb.com. Bo dzięki niemu można poczuć, posmakować kawałek prawdziwego życia. Może Ci się podobać lub nie, może brakować hotelowych udogodnień (czasem może nawet brakować wody - czytaj dalej), ale zawsze poczujesz się jak w domu. Bo tak naprawdę będziesz w domu. Czyimś domu. Poznasz zasady tego domu, zobaczysz jak ludzie pracują, jedzą, jak spędzają czas wolny. Skorzystasz z kuchni tak, jak robisz to we własnym domu :) 


Co to jest ten airbnb

Ogólnie rzecz biorąc, to serwis łączący gości - czyli osoby odwiedzające konkretne miesce z gospodarzami, oferującymi pokój lub całe mieszkanie/dom na krótkoterminowy wynajem. 

Jeśli więc chcesz wyjechać do Hiszpanii i tam poznać lokalne życie od kuchni, z nieba spada Ci airbnb :) 

Systemy bezpieczeństwa mnie osobiście przekonują! Otóż najpierw trzeba się zarejestrować, dodać swoje zdjęcie i krótkie informacje o sobie - to przede wszystkim informacja dla Twoich gospodarzy (lub gości) o Tobie. Mogą dzięki temu dowiedzieć się kim jesteś, co robisz, co lubisz, jak podróżujesz.

Rezerwując pokój lub całe mieszkanie musisz nie tylko podać swoje dane, ale również zeskanować dokument tożsamości (ze zdjęciem), podać kilka serwisów społecznościowych w których jesteś aktywny - to wszystko dla informacji samego airbnb w celach bezpieczeństwa.

Korzystaliśmy z airbnb.com w USA kilkakrotnie. Autobusu nie znaleźlibyśmy nigdzie indziej ;) 

Pytaliśmy naszych gospodarzy czy nie bali się w to wejść, a oni… bardzo się bali! :) ale po pierwszej wizycie cały strach odszedł w niepamięć. Każdy z nich miał bardzo dobre doświadczenia z gośćmi… ja się nie dziwię, przecież sami fajni ludzie korzystają z airbnb :) 

Dzięki airbnb odkryliśmy Manhattan, o jakim nie każdy nowojorczyk nawet słyszał ;) sama północ, piękny zielony Inwood położony tuż przy przepięknym parku Fort Tryon. Spokojna, rodzinna dzielnica, w której słychać głównie język hiszpański. Przemili ludzie, przepyszne jedzenie, mnóstwo sklepów wszelkiego rodzaju, metro na wyciągnięcie ręki.


Mieliśmy ogromny pokój dla siebie. Ayesha i Joey, u których się zatrzymaliśmy to para narzeczonych, którzy w październiku biorą ślub i przez 3 dni będą świętować :) Ayesha jest z Bangladeszu i wesele będą mieć w tradycji hinduskiej. 



Pokazali nam lokalne sklepy, w których można kupić praktycznie wszystko co ekologiczne i organiczne, restauracje z eko potrawami, dzielili się swoim jedzeniem i kawałkiem swojego życia. Codzienne wieczorne rozmowy, pełno śmiechu to coś, czego nie zapewni żaden najlepszy hotel :) 
 


W San Francisco mieliśmy komfort własnej łazienki i ogromnego, przestrzennego salonu z widokiem na zieleń… i cudowną, serdeczną i niezwykle pomocną właścicielkę. Wystarczyło, że zaczęliśmy się zastanawiać jak np. opłacić przejazd Golden Gate’m czy o której poczta ma przerwę na lunch, a ona już znajdywała dla nas odpowiedzi. Również każdy wieczór spędzaliśmy na miłych pogawędkach, pokazaliśmy jej kawałek Polski, do której chciałaby kiedyś przyjechać :) 
 


Niemałą atrakcją był dwudniowy pobyt na ranczo w środkowej Kalifornii :) również dzięki airbnb znaleźliśmy nocleg w przyzwoitej cenie w sensownej odległości od zachodniej części Yosemite (1,5h jazdy samochodem w jedną stronę). Nocleg w samym Yosemite był około 5x droższy :) 
 

Ranczo, do którego trafiliśmy, wyglądało na dość opuszczone. Zbudowane w 1900 roku, miało niesamowity klimat.

Gdy przyjechaliśmy, nie było jednak tak różowo jak w NYC czy SF, ponieważ przez prawie godzinę nie mogliśmy złapać kontaktu z naszym gospodarzem (a robiło się już ciemno). :)

W końcu się udało… :) Gospodarz przyjechał przywitać się, pogadać i zostawił zgrzewkę piwa amerykańskiego - Guiness, które specjalnie dla nas wybrał. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że mimo bardzo bliskiej odległości od Yosemite, Erik nie wiedział co to jest, ani gdzie to się znajduje, ani co tam w ogóle można zobaczyć. Dopiero goście, którzy do niego zaczęli przyjeżdżać zaczęli dopytywać o park. Erik go więc wygooglował i zostawił na lodówce mapkę dojazdu. Ale nie pojechał tam :) Jak sam powiedział, nie za bardzo lubi podróżować.

 

Nasz domek na ranczo okazał się być uroczym miejscem z tradycją (kiedyś odbywały się w nim… balangi z tańcami, później był kwaterą dla pracowników). Brak klimatyzacji przy 40-stopniowym upale dodawał mu uroku :) [żeby nie było, wiedzieliśmy wcześniej o tym!]

Woda, z której korzystaliśmy znajdowała się w wielkich beczkach stojących obok. Na drugi dzień tej wody brakło. Do rana Erikowi nie udało się naprawić usterki i wiesz co zrobił?


Przyszedł do nas i zaproponował, że zapłaci nam za hotel w miasteczku w pobliżu, żebyśmy mogli wziąć prysznic i się ogarnąć. Powiedzieliśmy, że nie ma takiej potrzeby, a i tak już wyjeżdżamy dalej, jednak on postanowił zwrócić nam całą kwotę, jaką zapłaciliśmy za pobyt u niego. Bardzo przepraszał, jednak w zamian poprosił o dobrą opinię. 

Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni :) Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim podejściem do sprawy. Opinia oczywiście jak najbardziej pozytywna.

Bo wiesz co? Różne problemy mogą się pojawić. Najważniejsze jest jednak to, w jaki sposób do nich podejdziemy. 
 

Tekst po angielsku… tutaj :) 

Spaliśmy też w hotelu, w namiocie i... starym autobusie szkolnym z łóżkiem i szafką w środku :) Możesz poczytać o tym więcej tu. A jeśli od razu chcesz przejść do wersji angielskiej, zapraszam tu.

 

logo Script logo